Czy Facebook słucha naszych rozmów przez mikrofony w smartfonach i wyświetla na tej podstawie reklamy?

„Czy Facebook słucha moich rozmów przez mikrofon w smartfonie, a potem wyświetla reklamy na podstawie wychwyconych słów kluczowych?”. Podobne pytania pojawiają się w coraz liczniejszych artykułach internetowych, komentarzach i postach na forach, a także na co dzień, kiedy jakimś cudem, na facebookowej tablicy wyświetli się nam sponsorowany post na temat, na który akurat przed chwilą rozmawialiśmy. Czy to realny mechanizm marketingowego szpiegostwa, a może zwykły przypadek, który próbujemy sobie racjonalnie wytłumaczyć?

Wielki Facebook słucha?

Jak to bywa w przypadku wielkich korporacji, które posiadają dostęp do danych użytkowników, w dyskursie internetowym pojawiają się podejrzenia co do źródeł pochodzenia gromadzonych przez Facebooka informacji. Zdaniem niektórych, portal społecznościowy Marka Zuckerberga miałby np. przechwytywać i skanować nasze codzienne rozmowy przez mikrofony w smartfonach, by potem na ich podstawie kierować do użytkowników reklamy.

W sieci znajdziemy chociażby wideo, na którym pewne małżeństwo przeprowadziło test tego mechanizmu, z premedytacją rozmawiając przez jakiś czas o karmie dla kotów, tuż obok włączonego smartfona. Po dwóch dniach od rozmowy, na Facebooku wyświetliła się im spersonalizowana reklama… kociej karmy.

Brzmi to jak dobra teoria spiskowa, jednak sam przyznam, że wielokrotnie zdarzyło mi się natrafić na Facebooku na treść, która w podejrzany sposób zdarzała się nawiązywać do rozmów toczonych chwilę wcześniej w „towarzystwie” smartfona. Co jednak, jeśli był to jedynie typowo ludzki „efekt potwierdzenia” i próba prostego wytłumaczenia niezrozumiałej sytuacji?

Wątpliwości i podejrzenia spróbował rozwiać współpracownik Facebooka

Całej sprawie postanowił przyjrzeć się publikujący na łamach magazynu Wired, Antonio García Martínez, który niedawno pomagał Facebookowi w usprawnieniu mechanizmu odpowiedzialnego za zamieszczanie reklam w serwisie. Aby rozstrzygnąć czy teoria o śledzeniu rozmów przez Facebooka jest prawdziwa, Martinez zadał sobie trzy pytania:

  • Czy śledzenie rozmów przez Facebooka jest technicznie możliwe?
  • Czy śledzenie jest powszechne (jako źródło danych)?
  • Czy śledzenie rozmów działa (potrafi przekazać trafne i istotne marketingowo informacje)?

Czy śledzenie rozmów przez Facebooka jest technicznie możliwe?

O ile więc Facebook być może jest w stanie nagrywać nasze rozmowy przez smartfon, o tyle problemem technicznym byłaby skala takiego przedsięwzięcia, a konkretnie – przesyłanie i przechowywanie danych. Według Martineza cały proces wyglądałby tak, jakby Facebook prowadził z nami wieczną rozmowę telefoniczną. A takowa odbywa się przecież kosztem transferu danych. Oznaczałoby to, że smartfon nagrywający materiał przez około połowę dnia, generowałby 130 MB straty transferu danych (3 kB na sekundę), którą powinien zauważyć każdy użytkownik. Publicysta Wired przekonuje też, że nasłuchujący telefon działałby znacznie wolniej niż normalnie.

Problem pojawiłby się także po stronie Facebooka. W samym tylko USA liczba danych z rozmów, przełożyłaby się na 20 Petabajtów nowych treści każdego dnia (Petabajt =  10^15 Bajtów) i choć magazyny niebieskiego serwisu pomieszczą nawet 300 Petabajtów danych, taka dzienna nadwyżka byłaby 33 razy większa niż dotychczasowa dawka (około 600 terabajtów dziennie).

A może Facebook wychwytuje tylko słowa-klucze z rozmów?

W tym miejscu mógłby pojawić się kontrargument, że Facebook nie musiałby przesyłać do siebie całych nagrań, wystarczyłyby mu wychwycone i przetworzone na tekst słowa kluczowe. Aplikacja mogłaby uaktywniać się podobnie jak np. Amazon Echo, w odpowiedzi na określoną komendę, po której rozpoczynałaby nagrywanie samych tylko słów kluczowych. Tu z kolei problemem byłaby liczba takich słów-komend, których Facebook używa do targetowania reklam (a całkowicie pomijamy tu też kwestię języka). Prawdopodobnie jest ich około miliona, a smartfon musiałby nasłuchiwać i wychwytywać każde z nich. Przetwarzanie już wykrytych słów na tekst musiałoby odbywać się na smartfonie użytkownika, a proces ten stanowi spore obciążenie dla urządzenia, powodując jego wolniejsze działanie i wyładowanie baterii (nie bez powodu w przypadku Amazon Echo czy Google Home związane z tym operacje odbywają się on w „chmurze”).

Problemem byłaby trafna interpretacja informacji z „nagrań”

Nie bierzemy nawet pod uwagę tego, że dane z takich nagranych rozmów mogłyby zostać całkowicie błędnie zinterpretowane przez algorytmy transkrypcji (na co dzień zdarza się nam przecież mówić różne rzeczy z ironią, sarkazmem – niejednoznacznie). Jak podsumował Martinez w swoim artykule:

Pisząc krótko o całej tej paranoicznej teorii: Nie ma możliwości, by Facebook teraz cię podsłuchiwał. Namierza cię natomiast w sposób nie mniej podstępny, drogami których nie jesteś nawet świadomy/a. Cytując żołnierską maksymę, trafi cię ta kula, której nawet nie usłyszysz..

Nawet jeśli podsłuchiwanie rozmów byłoby możliwe, to po prostu by się nie opłacało

Według Martineza, nawet zakładając, że skuteczna i wydajna transkrypcja naszych rozmów, nagranych przez smartfon, byłaby możliwa, taki proces zbierania danych okazałby się najzwyczajniej w świecie… niewarty zachodu. Zdecydowana większość nagranych rozmów czy słów kluczowych nie miałaby bowiem żadnej wartości dla reklamodawców. Okazuje się, że nawet nasza działalność w obrębie Facebooka (polubienia, komentarze, udostępnienia) nie stanowi najbardziej łakomego kąska dla mechanizmu targetującego reklamy. Są nim natomiast informacje z zewnętrznych serwisów – sklepów internetowych, sprzedawców i usługodawców. Dlatego Facebook śledzi nasze poczynania właśnie w tych obszarach.

Jak w takim razie wytłumaczyć te dziwne „zbiegi okoliczności” z reklamami?

Niezrozumiałe dla nas procesy i algorytmy odpowiedzialne za przetwarzanie naszych danych na Facebooku, zamknięte są w swego rodzaju, naukowej „czarnej skrzynce”. My sami szukamy natomiast prostych wytłumaczeń tego, jak to możliwe, że Facebookowi zdarza się bardzo trafnie skierować do nas daną reklamę. Dużą rolę odgrywa tu też przekonanie o własnej ważności, że „przecież Facebook z chęcią posłucha naszych rozmów”, by jak typowa korporacja, wyciągnąć nasze najbardziej prywatne, ergo najbardziej wartościowe dane (mimo, że w rzeczywistości tylko ułamek z nich może okazać się cenny dla reklamodawców).

Facebook nie potrzebuje słuchać, by zarabiać

Czy opinia i argumentacja przedstawiona przez publicystę Wired brzmi sensownie? Wydaje się, że tak, choć zapewne wciąż pozostawia pewne wątpliwości (Martinez współpracował przecież z samym Facebookiem)
Zdaniem Martineza, Facebookowe śledzenie rozmów przez mikrofon w smartfonie byłoby na chwilę obecną nie tylko trudne do zrealizowania (technologicznie), ale także nieefektywne. Prawdziwym źródłem wartościowych informacji o użytkownikach są w większym stopniu nasze zachowania jako konsumentów, nie codzienne rozmowy, które i tak mogą zostać błędnie zinterpretowane. Dlatego też bardziej podejrzana w zakresie reklam internetowych wydaje się potencjalna współpraca między wielkimi korporacjami takimi jak Facebook, Google czy Amazon i samymi reklamodawcami.


  
  
. .